piątek, 30 października 2015

Mleczarnia otwarta tylko nocą, czyli odstawianie dla opornych

Młoda odstawiona od cycka na dzień. Uff to było nie lada wyzwanie. Moje dziecię kochane nie toleruje smoczków i butelek, sztucznego mleka nawet nie chce brać do buzi, o kaszkach itp. mogę również zapomnieć. Zasypiała tylko przy cycku, nie chciała jeść nic poza maminym mlekiem, a w nocy budziła się co godzinę-półtorej - kompletnie mnie to dobijało. Szukałam info po forach, gdzie zrozpaczone mamy, szukały pomocy. Jedyne co tam znalazłam to ich pytania i prośby i szykany oraz wyzywki, które otrzymywały w odpowiedzi. "Sama jesteś sobie winna", "Jak byłaś taka głupia to teraz cierp", "Nie wprowadzałaś innych pokarmów kretynko, to teraz masz". Szkoda słów. Naprawdę baby jesteście wszystkie takie wredne? A gdzie ta solidarność jajników? Poczucie wyższości, że wam się udało, bo wasze dzieci były mniej charakterne albo potrafiłyście je lepiej tresować? No naprawdę.

Zatem do wszystkich mam, których niejadki nie dają żyć w dzień i spać w nocy - nie poddawajcie się i stawcie czoło małym terrorystom:) Dzieci się nie zagłodzą. Naprawdę. Jednak musicie zacisnąć pośladki i wytrzymać ich płacz i głodne oczka. W końcu się uda. Odstawiałam Małą po kroku.  I to dopiero jak skończyła 10 miesięcy. Najpierw jeden posiłek dziennie, ten po spacerze. Zjadała w zamian jeden makaron (dosłownie jedną kluseczkę), albo dwa gryzy banana. Z czasem były 4 łyżki zupki, potem pięć. Po miesiącu zabrałam jej drugi posiłek z dnia, ten przed spacerem. I było podobnie. Gryz kanapki. Cząsteczka jabłka. Oczywiście, że próbowała się dobierać do piersi, pokazywała na mój dekolt krzycząc "tam, tam". Po dwóch - trzech dniach przechodziło.

Potem było trudniejsze. Posiłek drzemkowy powiązany ze spaniem przy cycku. O batman! Myślałam, że się nie uda. No bo jak? Ona NIGDY inaczej nie chciała mi zasypiać. Wrzaski potrafiły trwać godzinami. Za każdym razem wybieraliśmy na kolejne odstawiania weekend, kiedy oboje jesteśmy w domu - zawsze cztery ręce to nie dwie, jak się jedna głowa zmęczy, można wrzeszczącego terrorystę oddać pod opiekę tej drugiej. Sabina została nakarmiona serkiem Rolmlecz (3 łyżki wow!) i zapakowana do nosidełka przez tatę. Chodził 45 minut z krzyczącym w niebogłosy potworkiem. W końcu ten padł, został odłożony do łóżeczka i spał przez ponad godzinę. To samo było w niedzielę, Gdy się obudziła zjadła resztę serka (przecież była głodna jak diabli) i spokojnie poszliśmy czytać książeczki. Z każdym kolejnym dniem było łatwiej i więcej jedzonka lądowało w pyszczku, Odkryłam ponadto, że gdy je sama (moje biedne ściany i dywany) zjada więcej.

Tak też doszliśmy do momentu, gdzie o mniej więcej stałych porach Sabińcisław zjada ile chce ale zaczyna być widać, że coś znika. Jeszcze nigdy nie zjadła mi normalnie obiadku, ale wszystko przed nami;) Zdarzają jej się chwile gdy w ciągu dnia prosi o cyca, ale nie ma terroru, wie że nic z tego:) Teraz czeka nas najtrudniejsze - odstawienie nocne. Ale to jeszcze chwila.

Tak też mamy - głowy w górę, będą większe problemy;) Teraz macie rocznego terrorystę, który nie chce jeść nic innego tylko cyca? Trudno, niech nie je. Nie zagłodzi się, musicie tylko wytrzymać kilka dni wrzasków - wiem, nie będzie łatwo, ale potem będzie tylko lepiej i lepiej. Próbujcie różnych rzeczym znajdziecie w końcu to co lubi. Uwierzcie mi, mój niejadek też niczego nie tykał i myślałam, że jestem skazana na karmienie do jej 18-stki:D

poniedziałek, 26 października 2015

Dzień za dniem

Nie mogę uwierzyć, że od ostatniego posta minęły 4 miesiące. W międzyczasie Sabina zaczęła chodzić, a nawet biegać, wyrżnęły jej się czwóki (ma już 12 zębów!), odstawiłam ją od cyca w ciągu dnia (nie obyło się bez walki), skończyła roczek a ja przebiegłam swoje pierwsze 8 km. Co więcej? Niewiele. Niestety. Oficjalnie jestem na urlopie wychowawczym i zastanawiam się co dalej. Staram się wypełniać swoje małe codzienne postanowienia i nie zaśniedzieć.

Mam teraz towarzyszkę spacerów - sąsiadka P z piętra wyżej ma 4 miesiące młodszego chłopca i możemy wymieniać spostrzeżenia i wskazówki codziennie przez godzinkę lub dwie. Wreszcie mam dorosłą osobę, z którą mogę pogadać w ciągu dnia. Grześ pracuje dniami i nocami, nocami jeździ na rowerze, a jeszcze w międzyczasie zajmuje się Sabiną. Ja mam deficyt snu sięgający zenitu, bo ten mały paskud budzi się cały czas w nocy co godzinę dwie i żąda cyca. Jeszcze chwila i nastąpi embargo na ową część mego ciała, przygotowujemy się na nią psychicznie, gdyż łatwo nie będzie. Sabina nie chce żreć żadnych kaszek czy sztucznych mlek, pomijam już, że nakarmienie jej czymkolwiek graniczy czasem z cudem. Trudno, podobno dzieci się nie zagłodzą - i tą myślą żyję.

Obecnie zasiadam do przypomnienia sobie html, Grześ postanowił nawet mnie pomaltretować i dziś zarzucił mnie "Zadaniem Nr Jeden". Okazuje się, że pamiętam naprawdę niewiele, wstyd! No ale cóż, byle nie poddać się przy pierwszej trudności, podobno na naukę nigdy nie jest za późno. Pomaltretujemy zatem moje stare szare komórki, może urodzą się jakieś nowe:)

Apropos komórek nowych i starych polecam TED-a o nich właśnie - niezwykle ciekawe i podnoszące na duchu, a zarazem motywujące do dalszego rozwoju, gdyż ten opłaci się w dwójnasób!

niedziela, 14 czerwca 2015

Czas pędzi

Sabina skończyła niedawno 8 miesięcy!! Ma już 6 zębów i chodzi przy meblach. Czworakuje od ponad miesiąca. Siedzi od ponad dwóch. A jeszcze niedawno była takim maluszkiem. Siostra podsyła mi taptalki (polecam aplikację jest genialna) ze swoim 2,5 miesięcznym szkrabem - Sabina dopiero co była takim robaczkiem! Czas pędzi...

Misiek pojechał właśnie z małym łobuzem na basen. Mały łobuz to uwielbia. Ja w tym czasie mam okazję nadrobić np. czytanie książki lub pomalować paznokcie, a kończy się na tym, że ogarniam dom, w międzyczasie gotując obiad i nagle okazuje się, że minęło półtorej godziny i już są z powrotem. Czas pędzi...

Zaraz kończy mi się urlop macierzyński - co dalej? Wychowawczy? Nie zwariuję na nim? Co robić, żeby nie zostać w tyle ze światem? Nie chce być home-stayed-mom, której najważniejszą decyzją dnia jest wybranie misia na urodziny koleżanki córki i dzwoni z tym do swojego męża. Projektowałam interfejsy użytkownika. Dobre! Strony internetowe. Aplikacje. A teraz? Siedzę w domu, chodzę na spacery i czytam Bazaar. O batman! I'm not this kind of person. Więc skąd to wszystko? Nie mam mentalnej energii na ogarnianie dziecka wchodzącego mi cały dzień na głowę i edukowania się. Czy tylko myślę, że nie mam? Tęskno mi czasem za tamtą mną, choć Dziudziuś jest boski i jak się go przytuli to cały świat staje się nieistotny.

Poza tym biegam. Bo lubię. Radzę sobie z dyskopatią. W przyszłym roku chciałabym myknąć półmaraton. Ale chciałabym też coś robić oprócz matkowania i biegania. Bo to za mało. Mój intelekt cierpi. Katusze. Wszyscy najbliżsi zostali w Warszawie, a ja na wybrzeżu jestem sama jak palec dzień cały. Misiek wraca raczej późnym wieczorem. Biegam, Moje pół godziny, Grześ kąpie, Potem znów Sabina wisi na mnie. Brak mi mentalnej energii. Jednak czas pędzi. Coś czuję, że jeszcze będę tęsknić za tymi czasami spacerów i spędzania czasu na podłodze czytając po raz kolejny książeczkę o misiach:)

niedziela, 1 marca 2015

Historia pewnej miłości....

Mój Piękny Pan w Garniturze... Spotkałam go dawno temu. Ja, która zawsze chodzi z głową uniesioną wysoko, zostałam onieśmielona. Plątał mi się język i nogi obute w biurowe szpilki. Te szczere spojrzenie, oczy, które widzą tylko ciebie podczas rozmowy. Zainteresowanie i szacunek. Uśmiech, który rozświetla całą twarz i sprawia, że oczy mu błyszczą. Fascynacja. Piękny Pan w Garniturze. Pan prezes, o nienagannym wyglądzie i manierach na każdym firmowym spotkaniu. Za wysokie progi na moje krótkie kocie nogi. Nawet 12 cm szpilki nie poratują.

Projekt został uruchomiony. Niestety. Bo to oznacza koniec biznesowych spotkań. Rzucił ze śmiechem w słuchawkę telefonu tym swoim głębokim, ciepłym głosem "musimy to oblać". Cały wieczór motyle trzepotały mi w brzuchu, choć wiedziałam, że to tylko taki frazes wieńczący ciągnącą się, często problematyczną, współpracę nad projektem.

Minęło kilka miesięcy zima stała się wczesną wiosną i tak po prostu Piękny Pan w Garniturze pisze na FB. Rozmawiamy pół nocy. O muzyce, I o wszystkim. Z zaskoczeniem odkrywam jak wiele mamy wspólnego. Rozmowa idzie cudownie płynnie, wszystko na zapleczu słów czerniejących na ekranie też nie musi być rozkładane na czynniki pierwsze. Od lat nie czułam się tak wspaniale, choć to tylko rozmowa przez kabelki.

Kilka tygodni ciszy z obu stron. W mojej głowie kłębią się scenariusze gdzie mój Piękny Pan w Garniturze tkwi w roli głównej. Nadal myślę iż to tylko bajka, jednak trudno mi się z nią rozstać, bo jest mi w niej tak dobrze. Więc sms. Ja pierwsza? Nie pamiętam. Cudowne smsy. Pełne zaczepek, podtekstów, elektryzujących i stawiających w pogotowiu wszystkie zakończenia nerwowe. Spotkajmy się. W końcu mieliśmy oblać projekt. No tak tak, oczywiście. To kiedy? Może za miesiąc? 1 czerwca będzie ok? Może być. To gdzie? W Sopocie może. Super. Do zobaczenia. O rany rany rany. Jak ja wyglądam. W co ja się ubiorę, On? Chce w ogóle mieć cokolwiek ze mną doczynienia? Głębokie wdechy. Gdzie jest moja pewność siebie? Nagle postanowiła wziąć sobie wolne? Teraz?!

Cały miesiąc wypełniony wiadomościami, rozmowami przez internet i telefon, Cudownymi, pełnymi obupólnego zrozumienia. Nigdy jeszcze z nikim nie rozmawiało mi się tak swobodnie. Ciepły głęboki głos, spokojny ton. Zakochałam się każdą komórką ciała. Starałam się wycofać wgłąb siebie, aby spotkanie w Sopocie nie rozbiło mojego ja na cząsteczki, gdy Piękny Pan w Garniturze wypije ze mną piwo bądź dwa oblewając projekt i po przyjacielsku, ciepło i serdecznie, poda rękę na dowidzenia.

Sopot. Czekam na plaży aż zakończy spotkanie. Dla kurażu piję wiśniówkę z sokiem. Muszę umieć zachować kamienną twarz, boję się, że wyznam mu miłość jak tylko go zobaczę. Zakochałam się w mężczyźnie mało osiągalnym i to jeszcze w najbardziej idiotyczny sposób - na odległość.
Dzwoni. Idzie. Jest, Witaj. Gdzie idziemy? Może tu? Wieczór idealny: wesoły, pełen tematów i serdecznego śmiechu. Nić porozumienia nie była tylko w mojej głowie. Nad szerokim stołem zastawionym kieliszkami z cytrynówką całuję go. Nie wytrzymuję. Kocham całą sobą. Lekko zaskoczony, oddaje pocałunek. Potem idziemy potańczyć, Papryka. Cudowna noc. Myślę, choćby nie wiem co się działo, nawet gdy wrócę do domu pierwszym pociągiem w dniu jutrzejszym, to cudowna noc. Rano dostaję pyszną kawę i śniadanie.

Od kilku lat budzę się codziennie obok mojego pięknego Pana w Garniturze. Mamy śliczną córeczkę i jeszcze nigdy w naszym domu nie było kłótni. Nadal kocham go całą sobą - jest moim księciem z bajki. Najlepszym przyjacielem. Opoką. Mam nadzieję, ze uda mi się kiedyś dosięgnąć pułąpu w którym uznam, że jestem Go warta...