Mam 147 par butów... Chodzę w kilku. Mam 3 szafy ubrań, reszta mieści się w kartonach i pojemnikach pod łóżkiem lub na rzeczonych szafach... Chodzę w kilku, może kilkunastu. Mam mnóstwo książek, z czego 1/3 nigdy nie czytałam, połowy czytać nigdy nie będę, bo zwyczajnie nie warto... Mam mnóstwo bibelotów, starych magazynów wnętrzarskich, modowych, fitness, dwie szuflady pełne zeszytów, długopisów i innych około biurowo-szkolnych pierdół. Mam dwa pudła biżuterii różnej, nie noszę praktycznie niczego. Czemu? Nie lubię... Mam szufladę pasków. Dwie szuflady dodatków w postaci szali, czapek i chust. Tony i tony innego crapu. Kiedyś jeszcze miałam stosy płyt DVD oraz CD.
Miałam, bo niedawno się opamiętałam. Z dnia na dzień moja fizyczna rzeczywistość coraz mocniej mnie przytłaczała. Coraz bardziej męczyło ciągłe potykanie się o rzeczy, upychanie ich to tu, to tam. Bałagan powstaje w 15 minut od zakończenia sprzątania, które zresztą zajmuje strasznie dużo czasu. Z przerażeniem uświadomiłam sobie: jestem chomikiem! Niedługo porosnę sierścią na całym ciele i zacznę przegryzać kable (z frustracji oczywiście). Rozpoczęłam czyszczenie swojego małego świata. Po malutku. Nie jest to bowiem proste. Zaczęłam od filmów DVD. Nie oglądam ich - wszytko zostało oddane bądź wyrzucone czy sprzedane. Płyty CD? Kto chciał, ten brał. Słucham najczęściej muzyki online. Na online nie zbiera się kurz.
Uczucie, jakie towarzyszyło mi na początku tego czyszczenia, początkowo było niepokojem. Potem pojawił się spokój i dobre samopoczucie. Jakie to jest wyzwalające. Zaczynam myśleć, że wszystkie te rzeczy, w których jesteśmy zakopani, spod których czasem nie widać czubka naszych głów - w ostatecznym rozrachunku to one nas posiadają, a nie my je. Niepokojące.
Coraz mocniej brnę w idę minimalizmu. Podoba mi się to wyzwolnie od rzeczy. Od chęci posiadania. Od zagraconej przestrzeni i zapchanych szaf. Długa droga przede mną, oj długa. Ale mam czas. Teraz czytam, czytam, czytam. Zaczytuję się. Dominique Loreau mam za sobą. Teraz chłonę minimalistyczne słowo w onlinie.
Teksty, które dla mnie mają wielką wartość:
Blog Simplicite - Czym dla autorki bloga, Kasi, jest minimalizm (klik)
Zen Habits - Jak chcieć mniej by Leo Babauta (klik)
Prostyblog - Jak znana autorka książki/blogerka Ajka rozpoczęła swoją minimalistyczną drogę (klik)
niedziela, 29 listopada 2015
niedziela, 8 listopada 2015
Sami sabotujemy swój sukces?
Tak się zastanawiam jak to jest, że jedni osiągają sukces, dopinają swoje cele jedne za drugimi, drudzy jedynie rozmyślają, marzą i stoją w miejscu przez wiele lat, a czasem i całe życie. Nie ma czegoś takiego jak gen sukcesu. Nasz kod genetyczny nie determinuje naszego szczęścia, osiągania celów czy spełnienia marzeń. My jesteśmy za to odpowiedzialni - determinacja, motywacja. Sami bardzo często się sabotujemy będąc leniwymi, wynajdując powody dlaczego nie, albo też bojąc się robić kolejne kroki w nieznane. Nie wychodzimi z naszych stref komfortu, tylko ubrani w ciepłe skarpetki popijamy kawkę w miękkim fotelu. I narzekamy. Często zazdroszcząc tym, którym się udaje. I wymyślamy powody dlaczego oni tak, ale my nie. No bo przecież.
Ja też czasem tak robię. Bo jestem za stara. Bo nie mam czasu. Bo ojej. I czasem zamiast zrobić kolejny krok, albo tylko ten jeden krok, siedzę. I czekam. Tylko na co?
Ja też czasem tak robię. Bo jestem za stara. Bo nie mam czasu. Bo ojej. I czasem zamiast zrobić kolejny krok, albo tylko ten jeden krok, siedzę. I czekam. Tylko na co?
Wszystko jest w naszych głowach. Chcemy coś osiągnąć? Pokonajmy lenistwo, przeskoczmy lęki i nie ustawajmy w staraniach, Prawda jest taka, że porażki nas wzmacniają, powinniśmy po upadku otrzepać kolana, wstać i biec dalej. Z każdej porażki powinniśmy wyciągnąć wnioski i stać się mądrzejsi. One nas uczą. Tylko od nas zależy, czy spełnimy nasze marzenia, osiągniemy to, co sobie założyliśmy.
Jest na temat sukcesu i jego osiągania genialny TED Larry'ego Smitha (klik). Naprawdę warto go obejrzeć, prawda aż kłuje w oczy:)
sobota, 31 października 2015
piątek, 30 października 2015
Mleczarnia otwarta tylko nocą, czyli odstawianie dla opornych
Młoda odstawiona od cycka na dzień. Uff to było nie lada wyzwanie. Moje dziecię kochane nie toleruje smoczków i butelek, sztucznego mleka nawet nie chce brać do buzi, o kaszkach itp. mogę również zapomnieć. Zasypiała tylko przy cycku, nie chciała jeść nic poza maminym mlekiem, a w nocy budziła się co godzinę-półtorej - kompletnie mnie to dobijało. Szukałam info po forach, gdzie zrozpaczone mamy, szukały pomocy. Jedyne co tam znalazłam to ich pytania i prośby i szykany oraz wyzywki, które otrzymywały w odpowiedzi. "Sama jesteś sobie winna", "Jak byłaś taka głupia to teraz cierp", "Nie wprowadzałaś innych pokarmów kretynko, to teraz masz". Szkoda słów. Naprawdę baby jesteście wszystkie takie wredne? A gdzie ta solidarność jajników? Poczucie wyższości, że wam się udało, bo wasze dzieci były mniej charakterne albo potrafiłyście je lepiej tresować? No naprawdę.
Zatem do wszystkich mam, których niejadki nie dają żyć w dzień i spać w nocy - nie poddawajcie się i stawcie czoło małym terrorystom:) Dzieci się nie zagłodzą. Naprawdę. Jednak musicie zacisnąć pośladki i wytrzymać ich płacz i głodne oczka. W końcu się uda. Odstawiałam Małą po kroku. I to dopiero jak skończyła 10 miesięcy. Najpierw jeden posiłek dziennie, ten po spacerze. Zjadała w zamian jeden makaron (dosłownie jedną kluseczkę), albo dwa gryzy banana. Z czasem były 4 łyżki zupki, potem pięć. Po miesiącu zabrałam jej drugi posiłek z dnia, ten przed spacerem. I było podobnie. Gryz kanapki. Cząsteczka jabłka. Oczywiście, że próbowała się dobierać do piersi, pokazywała na mój dekolt krzycząc "tam, tam". Po dwóch - trzech dniach przechodziło.
Potem było trudniejsze. Posiłek drzemkowy powiązany ze spaniem przy cycku. O batman! Myślałam, że się nie uda. No bo jak? Ona NIGDY inaczej nie chciała mi zasypiać. Wrzaski potrafiły trwać godzinami. Za każdym razem wybieraliśmy na kolejne odstawiania weekend, kiedy oboje jesteśmy w domu - zawsze cztery ręce to nie dwie, jak się jedna głowa zmęczy, można wrzeszczącego terrorystę oddać pod opiekę tej drugiej. Sabina została nakarmiona serkiem Rolmlecz (3 łyżki wow!) i zapakowana do nosidełka przez tatę. Chodził 45 minut z krzyczącym w niebogłosy potworkiem. W końcu ten padł, został odłożony do łóżeczka i spał przez ponad godzinę. To samo było w niedzielę, Gdy się obudziła zjadła resztę serka (przecież była głodna jak diabli) i spokojnie poszliśmy czytać książeczki. Z każdym kolejnym dniem było łatwiej i więcej jedzonka lądowało w pyszczku, Odkryłam ponadto, że gdy je sama (moje biedne ściany i dywany) zjada więcej.
Tak też doszliśmy do momentu, gdzie o mniej więcej stałych porach Sabińcisław zjada ile chce ale zaczyna być widać, że coś znika. Jeszcze nigdy nie zjadła mi normalnie obiadku, ale wszystko przed nami;) Zdarzają jej się chwile gdy w ciągu dnia prosi o cyca, ale nie ma terroru, wie że nic z tego:) Teraz czeka nas najtrudniejsze - odstawienie nocne. Ale to jeszcze chwila.
Tak też mamy - głowy w górę, będą większe problemy;) Teraz macie rocznego terrorystę, który nie chce jeść nic innego tylko cyca? Trudno, niech nie je. Nie zagłodzi się, musicie tylko wytrzymać kilka dni wrzasków - wiem, nie będzie łatwo, ale potem będzie tylko lepiej i lepiej. Próbujcie różnych rzeczym znajdziecie w końcu to co lubi. Uwierzcie mi, mój niejadek też niczego nie tykał i myślałam, że jestem skazana na karmienie do jej 18-stki:D
Zatem do wszystkich mam, których niejadki nie dają żyć w dzień i spać w nocy - nie poddawajcie się i stawcie czoło małym terrorystom:) Dzieci się nie zagłodzą. Naprawdę. Jednak musicie zacisnąć pośladki i wytrzymać ich płacz i głodne oczka. W końcu się uda. Odstawiałam Małą po kroku. I to dopiero jak skończyła 10 miesięcy. Najpierw jeden posiłek dziennie, ten po spacerze. Zjadała w zamian jeden makaron (dosłownie jedną kluseczkę), albo dwa gryzy banana. Z czasem były 4 łyżki zupki, potem pięć. Po miesiącu zabrałam jej drugi posiłek z dnia, ten przed spacerem. I było podobnie. Gryz kanapki. Cząsteczka jabłka. Oczywiście, że próbowała się dobierać do piersi, pokazywała na mój dekolt krzycząc "tam, tam". Po dwóch - trzech dniach przechodziło.
Potem było trudniejsze. Posiłek drzemkowy powiązany ze spaniem przy cycku. O batman! Myślałam, że się nie uda. No bo jak? Ona NIGDY inaczej nie chciała mi zasypiać. Wrzaski potrafiły trwać godzinami. Za każdym razem wybieraliśmy na kolejne odstawiania weekend, kiedy oboje jesteśmy w domu - zawsze cztery ręce to nie dwie, jak się jedna głowa zmęczy, można wrzeszczącego terrorystę oddać pod opiekę tej drugiej. Sabina została nakarmiona serkiem Rolmlecz (3 łyżki wow!) i zapakowana do nosidełka przez tatę. Chodził 45 minut z krzyczącym w niebogłosy potworkiem. W końcu ten padł, został odłożony do łóżeczka i spał przez ponad godzinę. To samo było w niedzielę, Gdy się obudziła zjadła resztę serka (przecież była głodna jak diabli) i spokojnie poszliśmy czytać książeczki. Z każdym kolejnym dniem było łatwiej i więcej jedzonka lądowało w pyszczku, Odkryłam ponadto, że gdy je sama (moje biedne ściany i dywany) zjada więcej.
Tak też doszliśmy do momentu, gdzie o mniej więcej stałych porach Sabińcisław zjada ile chce ale zaczyna być widać, że coś znika. Jeszcze nigdy nie zjadła mi normalnie obiadku, ale wszystko przed nami;) Zdarzają jej się chwile gdy w ciągu dnia prosi o cyca, ale nie ma terroru, wie że nic z tego:) Teraz czeka nas najtrudniejsze - odstawienie nocne. Ale to jeszcze chwila.
Tak też mamy - głowy w górę, będą większe problemy;) Teraz macie rocznego terrorystę, który nie chce jeść nic innego tylko cyca? Trudno, niech nie je. Nie zagłodzi się, musicie tylko wytrzymać kilka dni wrzasków - wiem, nie będzie łatwo, ale potem będzie tylko lepiej i lepiej. Próbujcie różnych rzeczym znajdziecie w końcu to co lubi. Uwierzcie mi, mój niejadek też niczego nie tykał i myślałam, że jestem skazana na karmienie do jej 18-stki:D
poniedziałek, 26 października 2015
Dzień za dniem
Nie mogę uwierzyć, że od ostatniego posta minęły 4 miesiące. W międzyczasie Sabina zaczęła chodzić, a nawet biegać, wyrżnęły jej się czwóki (ma już 12 zębów!), odstawiłam ją od cyca w ciągu dnia (nie obyło się bez walki), skończyła roczek a ja przebiegłam swoje pierwsze 8 km. Co więcej? Niewiele. Niestety. Oficjalnie jestem na urlopie wychowawczym i zastanawiam się co dalej. Staram się wypełniać swoje małe codzienne postanowienia i nie zaśniedzieć.
Mam teraz towarzyszkę spacerów - sąsiadka P z piętra wyżej ma 4 miesiące młodszego chłopca i możemy wymieniać spostrzeżenia i wskazówki codziennie przez godzinkę lub dwie. Wreszcie mam dorosłą osobę, z którą mogę pogadać w ciągu dnia. Grześ pracuje dniami i nocami, nocami jeździ na rowerze, a jeszcze w międzyczasie zajmuje się Sabiną. Ja mam deficyt snu sięgający zenitu, bo ten mały paskud budzi się cały czas w nocy co godzinę dwie i żąda cyca. Jeszcze chwila i nastąpi embargo na ową część mego ciała, przygotowujemy się na nią psychicznie, gdyż łatwo nie będzie. Sabina nie chce żreć żadnych kaszek czy sztucznych mlek, pomijam już, że nakarmienie jej czymkolwiek graniczy czasem z cudem. Trudno, podobno dzieci się nie zagłodzą - i tą myślą żyję.
Obecnie zasiadam do przypomnienia sobie html, Grześ postanowił nawet mnie pomaltretować i dziś zarzucił mnie "Zadaniem Nr Jeden". Okazuje się, że pamiętam naprawdę niewiele, wstyd! No ale cóż, byle nie poddać się przy pierwszej trudności, podobno na naukę nigdy nie jest za późno. Pomaltretujemy zatem moje stare szare komórki, może urodzą się jakieś nowe:)
Apropos komórek nowych i starych polecam TED-a o nich właśnie - niezwykle ciekawe i podnoszące na duchu, a zarazem motywujące do dalszego rozwoju, gdyż ten opłaci się w dwójnasób!
Mam teraz towarzyszkę spacerów - sąsiadka P z piętra wyżej ma 4 miesiące młodszego chłopca i możemy wymieniać spostrzeżenia i wskazówki codziennie przez godzinkę lub dwie. Wreszcie mam dorosłą osobę, z którą mogę pogadać w ciągu dnia. Grześ pracuje dniami i nocami, nocami jeździ na rowerze, a jeszcze w międzyczasie zajmuje się Sabiną. Ja mam deficyt snu sięgający zenitu, bo ten mały paskud budzi się cały czas w nocy co godzinę dwie i żąda cyca. Jeszcze chwila i nastąpi embargo na ową część mego ciała, przygotowujemy się na nią psychicznie, gdyż łatwo nie będzie. Sabina nie chce żreć żadnych kaszek czy sztucznych mlek, pomijam już, że nakarmienie jej czymkolwiek graniczy czasem z cudem. Trudno, podobno dzieci się nie zagłodzą - i tą myślą żyję.
Obecnie zasiadam do przypomnienia sobie html, Grześ postanowił nawet mnie pomaltretować i dziś zarzucił mnie "Zadaniem Nr Jeden". Okazuje się, że pamiętam naprawdę niewiele, wstyd! No ale cóż, byle nie poddać się przy pierwszej trudności, podobno na naukę nigdy nie jest za późno. Pomaltretujemy zatem moje stare szare komórki, może urodzą się jakieś nowe:)
Apropos komórek nowych i starych polecam TED-a o nich właśnie - niezwykle ciekawe i podnoszące na duchu, a zarazem motywujące do dalszego rozwoju, gdyż ten opłaci się w dwójnasób!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

