niedziela, 1 marca 2015

Historia pewnej miłości....

Mój Piękny Pan w Garniturze... Spotkałam go dawno temu. Ja, która zawsze chodzi z głową uniesioną wysoko, zostałam onieśmielona. Plątał mi się język i nogi obute w biurowe szpilki. Te szczere spojrzenie, oczy, które widzą tylko ciebie podczas rozmowy. Zainteresowanie i szacunek. Uśmiech, który rozświetla całą twarz i sprawia, że oczy mu błyszczą. Fascynacja. Piękny Pan w Garniturze. Pan prezes, o nienagannym wyglądzie i manierach na każdym firmowym spotkaniu. Za wysokie progi na moje krótkie kocie nogi. Nawet 12 cm szpilki nie poratują.

Projekt został uruchomiony. Niestety. Bo to oznacza koniec biznesowych spotkań. Rzucił ze śmiechem w słuchawkę telefonu tym swoim głębokim, ciepłym głosem "musimy to oblać". Cały wieczór motyle trzepotały mi w brzuchu, choć wiedziałam, że to tylko taki frazes wieńczący ciągnącą się, często problematyczną, współpracę nad projektem.

Minęło kilka miesięcy zima stała się wczesną wiosną i tak po prostu Piękny Pan w Garniturze pisze na FB. Rozmawiamy pół nocy. O muzyce, I o wszystkim. Z zaskoczeniem odkrywam jak wiele mamy wspólnego. Rozmowa idzie cudownie płynnie, wszystko na zapleczu słów czerniejących na ekranie też nie musi być rozkładane na czynniki pierwsze. Od lat nie czułam się tak wspaniale, choć to tylko rozmowa przez kabelki.

Kilka tygodni ciszy z obu stron. W mojej głowie kłębią się scenariusze gdzie mój Piękny Pan w Garniturze tkwi w roli głównej. Nadal myślę iż to tylko bajka, jednak trudno mi się z nią rozstać, bo jest mi w niej tak dobrze. Więc sms. Ja pierwsza? Nie pamiętam. Cudowne smsy. Pełne zaczepek, podtekstów, elektryzujących i stawiających w pogotowiu wszystkie zakończenia nerwowe. Spotkajmy się. W końcu mieliśmy oblać projekt. No tak tak, oczywiście. To kiedy? Może za miesiąc? 1 czerwca będzie ok? Może być. To gdzie? W Sopocie może. Super. Do zobaczenia. O rany rany rany. Jak ja wyglądam. W co ja się ubiorę, On? Chce w ogóle mieć cokolwiek ze mną doczynienia? Głębokie wdechy. Gdzie jest moja pewność siebie? Nagle postanowiła wziąć sobie wolne? Teraz?!

Cały miesiąc wypełniony wiadomościami, rozmowami przez internet i telefon, Cudownymi, pełnymi obupólnego zrozumienia. Nigdy jeszcze z nikim nie rozmawiało mi się tak swobodnie. Ciepły głęboki głos, spokojny ton. Zakochałam się każdą komórką ciała. Starałam się wycofać wgłąb siebie, aby spotkanie w Sopocie nie rozbiło mojego ja na cząsteczki, gdy Piękny Pan w Garniturze wypije ze mną piwo bądź dwa oblewając projekt i po przyjacielsku, ciepło i serdecznie, poda rękę na dowidzenia.

Sopot. Czekam na plaży aż zakończy spotkanie. Dla kurażu piję wiśniówkę z sokiem. Muszę umieć zachować kamienną twarz, boję się, że wyznam mu miłość jak tylko go zobaczę. Zakochałam się w mężczyźnie mało osiągalnym i to jeszcze w najbardziej idiotyczny sposób - na odległość.
Dzwoni. Idzie. Jest, Witaj. Gdzie idziemy? Może tu? Wieczór idealny: wesoły, pełen tematów i serdecznego śmiechu. Nić porozumienia nie była tylko w mojej głowie. Nad szerokim stołem zastawionym kieliszkami z cytrynówką całuję go. Nie wytrzymuję. Kocham całą sobą. Lekko zaskoczony, oddaje pocałunek. Potem idziemy potańczyć, Papryka. Cudowna noc. Myślę, choćby nie wiem co się działo, nawet gdy wrócę do domu pierwszym pociągiem w dniu jutrzejszym, to cudowna noc. Rano dostaję pyszną kawę i śniadanie.

Od kilku lat budzę się codziennie obok mojego pięknego Pana w Garniturze. Mamy śliczną córeczkę i jeszcze nigdy w naszym domu nie było kłótni. Nadal kocham go całą sobą - jest moim księciem z bajki. Najlepszym przyjacielem. Opoką. Mam nadzieję, ze uda mi się kiedyś dosięgnąć pułąpu w którym uznam, że jestem Go warta...

środa, 4 lutego 2015

Dzidziuch, dynia i koniec wiecznego studenta

Studia kosztowały mnie całkiem niezły samochód. Pracę dyplomową pisałam lewą ręką, leżąc na prawym boku w czwartym miesiącu ciąży z ostrą dyskopatią lędźwiową, myśląc, że za cholerę nie dam rady, bo za niecały miesiąc wybija termin oddania wersji ostatecznej. Napisałam. Oddałam w terminie. Tydzień temu, porzuciszy na ładne parę godzin 3,5 miesięcznego Dzidziucha-darciucha, który odmawia picia z butelki, obroniłam się. Chwała ci batman! (powiedziałabym barman, ale bar mleczny wciąż otwarty, a nieletnim alkoholu nie podajemy). Tym samym zamykamy okres wiecznego studenta. Ufff...

Tymczasem Dziudziuch kończy dziś 4 miesiące. Na boki przewracała się już w pierwszym miesiącu, na brzuch w drugim. W trzecim usilnie próbowała siadać, a teraz jak tylko się czegoś chwyci próbuje stawać. Kompletnie nie kuma, że jej nie wolno i piłuje ten swój ryjek gdy jej zabraniamy. Fajnie jest tylko w pionie - na rękach u rodziców tudzież na swoich nóżencjach, które to będzie miała koślawe jak diabli jak tak dalej pójdzie. Zaczęłaby raczkować wreszcie, to może jej zapędy do przemieszczania się zostałyby zaspokojone i dałaby spokój temu pionizowaniu.

Powrót do formy trwa. Cztery do pięciu razy w tygodniu zasuwam wieczorami ćwiczenia różne, ogólno rozwojowe. Przez ostatni miesiąc były tylko ćwiczenia wzmacniające mięśnie głębokie brzucha, żeby kręgosłup znów nie powiedział "goń się z tą aktywnością fizyczną i idź się połóż". Teraz zniesienie i wniesienie wózka razem z 6,5 kilogramowym Dzidziuchem wewnątrz już nie przyczynia się do mego zawału serca. Ale jeszcze nie dam rady z nim zbiec i wbiec - wszystko przede mną.

Wróciłam też do gotowania. Nareszcie Dziudziuch wykazuje jako takie zainteresowanie światem zewnętrznym przez czas dłuższy niż 5 minut i można z nim porozmawiać jak z człowiekiem, gotując w tle. Mogę więc eksperymentować. Wymyśliłam sobie zupę dyniową. Poprosiłam Miśka, gdy będzie w sklepie niech dyni kawałek zakupi. Dostałam zatem kawałek. Jeden naprawdę duży kawałek. Zamieszkuje obecnie prawie cały zamrażalnik...

A zatem krem z dyni wg mojego widzimisię wygląda tak:

Składniki:
- ok. 1/8 dyni
- średnia cebula
- gruszka
- 2 marchewki
- łyżka imbiru (świeżego)
- ostra papryka w proszku, sól, pieprz
- bulion warzywny
- oliwa
- gorgonzola
                                                   - natka pietruszki

Dynię i marchewkę kroimy w kosteczkę, zalewamy bulionem warzywnym tak, aby dynia była lekko przykryta wodą. Cebulę kroimy i podsmażamy na łyżce oliwy i razem z poszatkowanym drobno imbirem dodajemy do garnka. Dusimy do miękkości dyni (ok 20 min). W międzyczasie kroimy gruszkę i dorzucamy w połowie duszenia. Doprawiamy do smaku.

Wszystko razem blendujemy na krem. Podejmy z kawałeczkami sera gorgonzola i natką pietruszki.

Dla mnie taka słodko - ostra zupa jest po prostu rajem dla podniebienia. I to niskokalorycznym! Nawet z tym pleśniakowym serkiem.

niedziela, 11 stycznia 2015

Zapiekanka z jarmużem

Zdrowo - niezdrowa i na pewno kaloryczna, ale za to przepyszna!!


Składniki (na ok. 4 porcje):

  • 6 średniej wielkości ziemniaków
  • 6-8 średniej wielkości liści jarmużu
  • duża czerwona cebula
  • 20-25 dag kiełbasy (ja lubie toruńską), moze być też boczek
  • 1-2 ząbki czosnku
  • parmezan 
  • oliwa do smażenia (mój wybór: z pestek winogron) - im mniej tym lepiej;)
  • sól, pieprz + ulubione przyprawy (ja daję dużo różnych suszonych ziół: bazylia, oregano, kminek, majeranek, papryka słodka, pietruszka)
Podsmażamy cebulkę i kiełbasę z czosnkiem. Ziemniaki gotujemy do miękkości, następnie dajemy suszone zioła i mieszamy z cebulą i kiełbasą. Podsmażamy a następnie lekko dusimy jarmuż (ok.15 min.). W naczyniu żaroodpornym układamy warstę ziemniaków, warstwę jarmużu i znów ziemniaki. Następnie posypujemy tartym parmezanem i zapiekamy w 180st. ok 15 min.

Podejemy z ogromną ilością pomidorów i ogórków kiszonych:) Palce lizać!

Staram się znaleźć czas na ugotowanie czegoś od czasu do czasu. Dzidziuch siedzi zazwyczaj w foteliku i bacznie mi się przygląda:) Ma dopiero 3 miesiące, więc gdy się guzdram albo ma zły humor wtedy jemy kanapki;) A że jeszcze w ciąży zrobiłam napad  na mój ukochany sklep z przyprawmi (i nie tylko) - 1000 smaków świata, mogę czarować;)




niedziela, 4 stycznia 2015

Superwoman

Podobno matki to bohaterki... superwoman... superhero.... No cóż.... Zgadzam się z tym całkowicie!!! Oglądaliście Dragon Ball? Toć ja już zaczynam przypomniać Son Goku...


Na razie tylko z fryzury. Latanie i muskulatura podobno przychodzą później;)

czwartek, 18 grudnia 2014

Postanowień ciąg dalszy

Już od dawna powinnam podjąć się kolejnego postanowienia, a jakoś nie mogę się ogarnąć. Słodyczy nie tykam już miesiąc, sama jestem z siebie dumna, ze śmieciwego jedzenia zdarza nam się zamówić pizzę, ale staramy się by była na pełnoziarnistym spodzie, no i ćwiczę. Codziennie nie, nie jest to jednak kwestia braku czasu ino bólu pleców, muszę jednak udać się do mojego fizjoterapeuty. Ograniczam sie więc do stretchu i ćwiczeń stabilizujących. Na zgubienie brzucha trzeba będzie jeszcze poczekać. No i ze spacerami słabiutko - najpierw młodzież była chora, później ja, a następnie kręgosłup dał czadu - a wózek trzeba znieść i wnieść na 4 piętro z młodzieżą 6 kilogramową wewnątrz (Mały Wielki Człowiek rośnie jak na drożdżach).


Unikam postawienia sobie kolejnego wyzwania jak ognia. Jednak no cóż - czas nadszedł: systematyczność. Brrr. O zgrozo. Ja, najbardziej rozpieprzona i nie trzymająca się żadnych ramek babka zamierza ułożyć plan dnia i się go trzymać. W imię większego dobra, bo Młoda musi mieć jakieś stałe w swoim życiu. Na razie była to tylko kąpiel o 21, a to troszku za mało. 
Postanowiłam dać sobie tydzień na opracowanie i wdrożenia testowe (masakra jak ja tęsknię za pracą i projektami:D) planu dnia. Zatem notes w dłoń i jedziemy. Pfff już mi się to nie podoba....